sobota, 31 marca 2018

"Lekcja martwej mowy" Paweł Jaszczuk | Recenzja

"Lekcja martwej mowy" Paweł Jaszczuk | Recenzja

Wilga de Brie i Jakub Stern to para dziennikarzy, znająca się z wydawanego przed wojną "Kuriera". Los i zawiłe wydarzenia historyczne sprawiły, że każde z nich musiało iść w innym kierunku. Teraz po dwudziestu dziewięciu latach mają spotkać się ponownie. To wszystko za sprawą człowieka pragnącego znowu skrzyżować ich drogi. Wbrew pozorom to wszystko nie przerodzi się w historię miłosną, lecz w niebezpieczną grę polityczną. Tym razem to nie teraźniejszość będzie odgrywać najważniejszą rolę, lecz bardzo odległa przeszłość i odkrycia wtedy dokonane.

Gatunkami, które najbardziej lubię, zdecydowanie są: fantastyka i new adult. Ostatnio jednak coraz częściej sięgam po innego rodzaju książki. Uwielbiam historię, a szczególnie fakty z drugiej wojny światowej i czasu po niej. Nic więc dziwnego, że gdy tylko nadarzyła się okazja, żeby do listy przeczytanych dzieł dopisać "Lekcję martwej mowy", od razu z niej skorzystałam. Wygospodarowałam odrobinę wolnego czasu, wzięłam w swoje ręce przygody Jakuba Sterna i zagłębiłam się w lekturę.

Zdecydowanym plusem tej pozycji wydawniczej jest niesamowite tło historyczne. Wojna z bolszewikami w 1920, okupacja sowiecka Lwowa w 1939, wydarzenia marcowe i interwencja wojsk Układu Warszawskiego to z pewnością nie są zdarzenia, w których chcielibyśmy uczestniczyć. Myślę, że każdy z nas cieszy się, że tamte czasy minęły i może bezpiecznie wyjść na ulicę. Warto jednak pamiętać o tym, co się działo w tamtych latach i przekazywać tę wiedzę kolejnym pokoleniom ku przestrodze. Sądzę, że niecałe trzysta stron to idealna okazja, aby sobie to wszystko przypomnieć w inny sposób, niż za pomocą suchych faktów.

Według mnie autor w świetny sposób pokazał, jak trudno było żyć w czasach wojny oraz późniejszej okupacji i komunizmu. Prawie każdy mógł okazać się wrogiem, donosić i szkodzić normalnym, niewinnym ludziom. Nawet zwykły człowiek musiał uważać na to, co mówi i do kogo, gdzie robi zdjęcia i na tym podobne rzeczy.

Paweł Jaszczuk za pomocą swojego tekstu w drobnym stopniu pokazał czytelnikom, że polityka jest niebezpieczną grą. W niej przetrwają jedynie najsprytniejsi, najsilniejsi i najbardziej charyzmatyczni ze wszystkich. W mój gust idealnie wpasowały się również opisy Lwowa. Uwielbiam wszelkiego rodzaju wycieczki i podróże, a ta książka pomogła mi wyobrazić sobie to miasto po wojnie. Niedługo mam zamiar poszukać więcej informacji o tych miejscach. Kto wie, może nawet kiedyś uda mi się tam pojechać.

Co jeszcze urzekło mnie w "Lekcji martwej mowy"? Niepowtarzalny klimat i to, że tam ciągle się coś działo. Akcja mi się podobała i mimo tego, że  nie wszystko było dla mnie zrozumiałe, bardzo mnie wciągnęła.

"Lekcja martwej mowy" to pasjonująca opowieść o polityce, czasach PRL-u z trupami i mroczną intrygą w tle. Pasjonatom historii spodoba się na pewno. Ja prawdopodobnie niedługo sięgnę po poprzednie tomy, aby znać całą historię, a nie tylko mały jej urywek.

Autor: Paweł Jaszczuk
Tytuł: Lekcja martwej mowy
Tom: 5
Liczba stron: 304
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo: Szara Godzina
Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję:


środa, 28 marca 2018

Wiem, co widziałam... | "Kobieta w oknie" A.J. Finn | Recenzja

Wiem, co widziałam... | "Kobieta w oknie" A.J. Finn | Recenzja

Anna Fox miała wszystko. Pełna rodzina, szczęśliwe małżeństwo, kariera psychologa dziecięcego-to wszystko sprawiało, że miała powody, aby codziennie wstawać z łóżka z uśmiechem na ustach. Jedenaście miesięcy temu bardzo wiele rzeczy uległo zmianie. Jej życie odwróciło się o sto osiemdziesiąt stopni. Pewne wydarzenie sprawiło, że kobieta ma agorafobię. Jest wrakiem człowieka. Nie wychodzi za próg swojego mieszkania, w którym istnieją strefy zakazane, do których nawet nie zagląda. Każdy dzień zaczyna od lampki wina, a w ciągu jego trwania, wypija ich jeszcze kilkanaście. O tym rytuale nie zapomina, ale nie zawsze pamięta o prysznicu, nie wspominając o lekach. Gdy sobie o nich przypomni, zdecydowanie przesadza z ilością tych silnych środków. W wolnym czasie ogląda stare, czarno-białe filmy, gra w szachy i doradza przez internet osobom takim, jak ona.

Jest zajęcie, któremu Anna poświęca najwięcej uwagi. Uwielbia fotografować, ale nie tak, jak inni ludzie. Kobieta bowiem obserwuje swoich sąsiadów, robiąc im przy tym zdjęcia. Nie mając tak naprawdę własnego życia, zaczyna coraz bardziej przeżywać losy innych ludzi. Najwięcej uwagi poświęca Russellom, nowej rodzinie w swojej okolicy. Wkrótce później poznaje nastolatka z tego domu, a następnie jego matkę. Gdy wszytko wskazuje na to, że kobiety się zaprzyjaźnią, Anna widzi przez okno coś strasznego. Trudno jej uwierzyć w to, co się wydarzyło, ale wie, co widziała.

W tym momencie jej życie znowu wywraca się do góry nogami. Czy jest pewna tego, co widziała? Czy to wszystko stało się naprawdę? Może jednak medykamenty i straszne filmy, które oglądała, wywołały halucynacje? Jedno jest pewne. Przed Anną długa droga w poszukiwaniu prawdy oraz walka z samą sobą i swoimi słabościami. Dołącz do niej i przekonaj się, jak przebiegło te pamiętne wydarzenie. Kto jest winny i czy kobieta ma się czego bać?

O książce "Kobieta w oknie" słyszałam ostatnio bardzo wiele zarówno na zagranicznych, jak i polskich instagramach, blogach i stronach na Facebooku. Zazwyczaj nie czytam thrillerów, ale ostatnio coraz częściej sięgam po pozycje należące do tego gatunku. Nic więc dziwnego, że gdy tylko nadarzyła się okazja przeczytania tej powieści, postanowiłam ją wykorzystać. Dlatego sięgnęłam po nią z wielką nadzieją w sercu, że okaże się przyjemną lekturą.

Przez pierwszych kilkadziesiąt stron poznajemy Annę i jej chorobę. Wtedy akcja toczy się dosyć wolno i z łatwością można na jakiś czas odłożyć książkę na półkę. Bardzo lubię poznawać czyjeś myśli i psychikę, ale w tym przypadku zachowanie głównej bohaterki od czasu do czasu mnie irytowało ze względu na próby poradzenia sobie z problemami za pomocą alkoholu. Później jednak książka szybko nabiera tempa i staje się "nieodkładalna".

Zdecydowanym plusem "Kobiety w oknie" jest fakt, iż autor dopracował ją pod każdym względem. Oczywiście domyśliłam się kilku rzeczy, ale było również wiele zwrotów akcji, które mnie zachwyciły. A. J. Finn sprawił, że czytelnik mógłby przysiąc, że wie, jak to wszystko się potoczy, usypiając przy tym jego czujność. Gdy już to osiągnął, burzył całą jego teorię, a zdarzenia pędziły w innym kierunku. Dzięki temu przez prawie całą książkę chciałam przelecieć przez nią jak najszybciej, aby nareszcie dowiedzieć się, w jaki sposób wątki się połączą i kto okaże się tym czarnym charakterem.

W pewnym stopniu miałam do czynienia z osobą uzależnioną od alkoholu i bardzo się cieszę, że pisarz poruszył w swoim debiucie ten problem. Dobrze, że ukazał, iż ucieczka od trudów życia za pomocą używek, nie jest żadnym rozwiązaniem. Drinki, wino i tego typu trunki jedynie utrudniają normalne funkcjonowanie, a nie je ułatwiają.

Kolejną kwestią, o której warto wspomnieć, jest internet. W dzisiejszych czasach ludzie nie potrafią bez niego żyć. Publikują tam prywatne treści o tym, co lubią, gdzie są, a nawet, co jedzą. Zapominają jednak, że nie wiedzą, kto jest po drugiej stronie monitora i to czyta. "Kobieta w oknie" między wierszami to pokazuje i to mi się spodobało. Dlaczego? Być może przynajmniej jedna osoba to wyłapie i jej to pomoże.

Czas na ostatnią cechę, o której chciałbym wspomnieć. Ogromnie przypadło mi do gustu to, że autor ustami jednej z postaci wyjaśnił, jakie tropy prowadziły do rozwiązania całej zagadki. Uświadomił mi, że mogłam się tego domyślić. Niestety musiałabym najpierw mieć umysł godny Sherlocka Holmesa.

Książka miała drobne wady, ale również bardzo wiele zalet. Krótkie rozdziały sprawiły, że czytało się ją bardzo szybko i przyjemnie. Zagadka również okazała się porywająca. Stwierdzam więc, że ta książka była bardzo dobra. Niestety mimo wszystko sprzeczałabym się z napisem z okładki, że "na ten thriller czeka cały świat".


Autor: A.J. Finn
Tytuł: Kobieta w oknie
Liczba stron: 416
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo: W.A.B.
Moja ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję:


niedziela, 18 marca 2018

"To nie jest Twoje dziecko" Małgorzata Falkowska | Recenzja

"To nie jest Twoje dziecko" Małgorzata Falkowska | Recenzja

Macierzyństwo to jedna z najcudowniejszych rzeczy, jaka może spotkać kobietę. Chyba nie ma nic piękniejszego niż noszenie dziecka pod sercem przez dziewięć męczących, ale szczęśliwych miesięcy. Patrzenie na nowo narodzonego członka rodziny, szeptanie mu do uszka, śpiewanie kołysanek, lulanie. Jego pierwsze ząbki, słowa wypowiadane w tylko jemu znanym języku. Magia pierwszych, niepewnie stawianych kroków. Przez te wszystkie lata wychowywania potomka zdarzają się dobre i złe chwile, ale warto się temu poświęcić. Jedno jest jednak pewne. Na rodzicach spoczywa wielka odpowiedzialność, aby wychować swoją pociechę na dobrego, opowiedzianego i przystosowanego do życia człowieka. Ich obowiązkiem jest przekazanie mu odpowiedniego systemu wartości. Mimo tego te wspólne momenty przynoszą niezwykłą radość.

Niestety los chodzi własnymi ścieżkami i płata ludziom figle. Są pary, które codziennie błagają Boga albo przeznaczenie, aby zesłało im potomka. Ich prośby najczęściej pozostają bez odpowiedzi. Najgorsze jest to, że innym ludziom trafiają się niechciane dzieci. Wtedy nie wiedzą, co mają z nimi zrobić. Życie jest niesprawiedliwe? Z pewnością.

Anna i Paweł to para ginekologów będąca ze sobą od kilkunastu lat. Od dłuższego czasu starają się o swojego własnego maluszka. Niestety los nie obchodzi się z nimi łaskawie, więc kobieta nie może być w stanie błogosławionym. Małżonkom zdaje się, że wyczerpali wszystkie możliwości. Nie udało im się adoptować żadnej sieroty. Leczenie również nie przynosi efektów. Tracą nadzieję, ale na ich drodze pojawia się Michalina. Młoda, ambitna studentka nie może sobie pozwolić na samotne wychowywanie owocu jednej, upojnej nocy. Nie w tym momencie. Nie w chwili, gdy musi skończyć naukę i znaleźć pracę. Przychodzi więc do Anny z prośbą o pomoc. Okazuje się, że ta ma dla niej propozycję.

Okładka zachwyciła mnie od razu, gdy ją ujrzałam. To jednak opis i tytuł sprawiły, że od razu zapragnęłam przeczytać dzieło Małgorzaty Falkowskiej. Postawiłam fabule i wykonaniu bardzo wysoką poprzeczkę i byłam ciekawa, czy zdoła mnie zadowolić. Zaczęłam czytać chwilę po powrocie do domu rodzinnego i od samego początku wiedziałam, że to okaże się dobre. Zakończenie sprawiło, iż myślę o tej książce jedynie w kategorii "genialna".

Muszę zacząć od najważniejszej cechy tej książki, czyli tematu, który porusza. Chciałabym kiedyś zostać mamą i uwielbiam dzieci, więc pomysł na fabułę jak najbardziej przypadł mi do gustu. Poruszenie kwestii, która nadal pozostaje tabu, wydało mi się niezwykle interesujące i z zaciekawieniem czytałam to, co autorka chciała wyrazić. Poza tym cała historia została poprowadzona po mistrzowsku.

Autorka w genialny sposób opisała zmieniające się uczucia ludzi. W zadziwiająco lekki sposób uświadomiła mi, jak w zaledwie kilka miesięcy może ulec zmianie nastawienie do życia. W tym czasie możliwe jest także pojawienie się chęci odwrócenia podjętych decyzji, ale również uczucia. Pokazała, że bardzo często nosimy różnego rodzaju maski. Zakładamy je wraz ze wschodem słońca i nie zdejmujemy aż do zachodu. Mówimy jedno, a myślimy całkiem co innego. Nie jesteśmy szczerzy i wolimy ukrywać swoje intencje. Wiemy, co ktoś chce usłyszeć i to wykorzystujemy.

Wątek psychologiczny szczególnie pochłonął moją uwagę i dzięki temu z zapartym tchem śledziłam dalsze poczynania świetnie wykreowanych bohaterów. Przedstawienie historii z perspektywy trzech osób dodatkowo ułatwiło mi to zadanie, ponieważ poznałam charaktery ich wszystkich. Miałam dostęp do ich myśli, marzeń i uczuć. Mogłam wyrobić sobie o nich zdanie, polegając na tym, jacy są naprawdę. Małgorzata Falkowska świetnie opisała także, do czego może doprowadzić chęć zostania rodzicem. To powinno być czyste i niewinne, ale czasami takie nie jest. 

Ogromnie spodobało mi się to, że autorka mimo tego, iż pisała poważną historię o trudnych kwestiach, znalazła również mały skrawek dla Torunia. Pokazywała swoim czytelnikom piękno tego miasta. Czytając o tych miejscach, miałam ochotę się tam znaleźć. Chciałam pójść na spacer do parku lub na najlepsze lody pod słońcem. Bardzo przypadło mi to do gustu i z pewnością kiedyś wybiorę się do tej części Polski.

Małgorzata Falkowska doskonale odnalazła się w nowym dla niej gatunku. Wszystko zostało dopięte na ostatni guzik i pozostało w mojej głowie, aż to teraz. Nieprzypadkowe wydarzenia nieubłaganie prowadziły do genialnego zakończenia, które niezwykle mną wstrząsnęło. Ta fenomenalna książka zmieniła moje spojrzenie na wiele kwestii i cieszę się, że spotkałam ją na swojej czytelniczej drodze.

Autor: Małgorzata Falkowska
Tytuł: To nie jest Twoje dziecko
 Liczba stron: 320
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo: Lira
Moja ocena: 10/10
Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziekuję:

sobota, 17 marca 2018

"W objęciach anioła. Ostrze miłości" Urszula Napierała | Recenzja

"W objęciach anioła. Ostrze miłości" Urszula Napierała | Recenzja

Allie jest młodą, niepewną siebie dziewczyną. Podobno nie ma w niej nic nietypowego, lecz nic bardziej mylnego. Dlaczego? Wierzy ona w istoty magiczne. Między innymi w anioły, wilkołaki, wampiry, wróżki. Według niej te istoty żyją naprawdę. Ze względu na tę wiarę i niezwykłą wrażliwość, grozi jej niebezpieczeństwo.

Jake to anioł, który zostaje zesłany na ziemię, aby ochraniać Allison. Towarzyszy jej przez wiele lat pozostając niewidzialnym, aż w końcu łamie wiele zasad i ukazuje się swojej podopiecznej. Wkrótce potem zostaje porwany przez złego Archanioła Gabe'a i przetrzymywany w okrutnych warunkach. W tym czasie dziewczyna pozostaje bez opieki, a jej życiu zagraża wiele złych istot. Czy obydwoje przeżyją wojnę, w którą nie powinni być zamieszani? Czy w całą historię zostanie wmieszane uczucie? Jak potoczą się ich losy?

Czytając opis tej książki, spodziewałam się lekkiej, przyjemnej, miłosnej opowieści z wieloma elementami fantastyki. Uznałam, że potrzebuję tego typu odskoczni. Myślałam, że nie jestem za stara na tego typu powieść i dobrze się będę przy niej bawiła. Niestety "dzieło" Urszuli Napierały nie spełniłoby moich wymagań nawet kilka lat temu. Już wyjaśniam, dlaczego musiałam się zmuszać, żeby przeczytać to do ostatniej strony.

Nie jestem nikim wspaniale wykształconym lub ekspertem w dziedzinie polonistyki. Dostrzegłam jednak z łatwością wiele błędów stylistycznych. Dodatkowym minusem było to, że  bardzo często używano nawet kilkanaście razy tego samego słowa w jednym akapicie. Myślę, że w tych sytuacjach nie byłoby problemu ze znalezieniem wyrazu bliskoznacznego i zastąpieniem nim powtórzenia. Sądzę, że czytelnikowi czytałoby się wtedy o wiele przyjemniej. Ponadto chciałabym zauważyć, że  na końcu pytania retorycznego także stawia się znak zapytania.


Akcja książki z pewnością nie toczyła się w zawrotnym tempie. Pełna była opisów i dialogów, które nic nie wnosiły do historii i nawet nie ciekawiły. Pełniły funkcję tylko pewnego rodzaju wypełnienia, aby tekst wydawał się obszerniejszy. Według mnie nikomu nie zależy na tym, aby całą stronę czytać o gustach kulinarnych jednej z postaci drugoplanowych. Niejednokrotnie zdarzyło się również, że rozdział w całości został poświęcony rozmowie o błahych sprawach. Rozmowa o lekcjach, sprawdzianach i tym podobnych rzeczach to zły pomysł na napisanie książki. Ja niestety uznałam to za mało ciekawe i chęci do dalszej lektury we mnie zanikały.

Moim skromnym zdaniem wątek miłosny został wymyślony i poprowadzony w koszmarny sposób. Dziwny trójkąt miłosny, miłość od pierwszego wejrzenia i ślepe zakochanie to coś, czego najczęściej w książkach nie znoszę. Tym razem denerwowało mnie to jeszcze bardziej niż zazwyczaj i stało się ogromnym minusem tej powieści. Nie jestem fanką tego typu zabiegów, a zachowanie bohaterów utwierdziło mnie w przekonaniu, że to słuszna postawa.

Muszę wspomnieć również o tym, jakie emocje wzbudziła we mnie Allie. Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy ostatnio jakaś książkowa postać denerwowała mnie tak bardzo, jak ona. Uznałam ją za osobę bardzo dziecinną, naiwną i słabą psychicznie. Co jednak najbardziej mnie irytowało? Ona ciągle płakała. Robiła to nawet, gdy nie miała ku temu powodu. Jej łatwowierne i nieodpowiedzialne zachowanie nie wzbudziło we mnie pozytywnych emocji. Zbyt szybko ufała innym, chociaż sama mówiła, że jest podejrzliwa. Jedno jest pewne. Z tą bohaterką się nie polubiłyśmy.

Znalazła się cecha, która sprawiła, że czytanie tej książki nie było dla mnie całkowitą torturą. Mam na myśli magiczne postacie pojawiające się w tej opowieści. Ciekawiło mnie, w jaki sposób autorka je przedstawi, czy wymyśli coś nowego. Nie dopracowała tego wątku do końca, ale nie było źle. 

Moim zdaniem publikacja "W objęciach anioła. Ostrze miłości" miała potencjał, który nie został wykorzystany. Wykonanie zabiło jej magię, przez co czytanie stało się dla mnie męczarnią. Mało brakowało, a wyrzuciłabym ten egzemplarz przez okno z drugiego piętra. Zakończenie okazało się ciekawe, ale mimo tego, jeżeli zostanie wydany kolejny tom, to na pewno po niego nie sięgnę.

Autor: Urszula Napierała
 Tytuł: W objęciach anioła. Ostrze miłości
Tom:1
Liczba stron: 344
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo: Novae Res
Moja ocena: 1+/10
 Za możliwość przeczytania i zrecenzowania powieści dziękuję:

czwartek, 15 marca 2018

"Piękne samobójczynie" Lynn Weingarten | Recenzja

"Piękne samobójczynie" Lynn Weingarten | Recenzja
Podobno przeciwieństwa się przyciągają. Te powiedzenie nie spełnia się jednak tylko w miłości damsko-męskiej, ale również w przyjacielskiej. Dowodem na to są Jane i Delia. Niedoświadczona i urocza anielica oraz przebojowa diablica. Łączy je wyjątkowe uczucie. Lepsze od rodziny czy związku z chłopakiem. Wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju.

Wydawałoby się, że te dziewczęta będą trzymać się razem aż do końca swoich dni, ale pewnego wieczoru to się zmienia. Podczas imprezy wszystko idzie nie tak, jak powinno i ta magiczna znajomość się kończy.

Rok później June słyszy tragiczną wiadomość. Jej przyjaciółka z dawnych lat nie żyje. Postanowiła ze sobą skończyć. Czy na pewno? Młoda kobieta mieć wątpliwości po tym, gdy słyszy, w jaki sposób Delia zginęła. Nie tylko ona nie wierzy w tę wersję wydarzeń. Postanawia dowiedzieć się na własną rękę, do czego doszło.

O książce do niedawna słyszałam bardzo niewiele. Nie rzuciła mi się w oczy w żadnej księgarni. Na blogach i instagramach także niezbyt często się pojawiała. Gdy przeczytałam jej opis, uznałam, że może być ciekawa i postanowiłam po nią sięgnąć. Stała na mojej półce i wtedy zaczęłam ją zauważać w mediach społecznościowych. Zachęciło mnie to, abym szybko wystawiła po nią swoje łapki. Nie nastawiałam się na to, że książka okaże się wybitnym dziełem i dobrze zrobiłam. Poniżej możecie się dowiedzieć, co dokładnie myślę o tej powieści.

Słyszałam wiele opinii o tym, że "Piękne samobójczynie" są bardzo przewidywalne i zakończenia można domyślić się już w połowie historii. Nie czytam zbyt wiele utworów z tego gatunku, więc większość wydarzeń mnie zaskoczyła. Muszę jednak stwierdzić, że fani tego typu książek mogą poczuć się nieco zawiedzeni tym, jak kończą się poszczególne wątki.

Kolejna kwestia dotyczy schematyczności tej powieści. Niestety autorka nie wykazała się kreatywnością, jeżeli chodzi o główny zarys fabuły. Obecnie bowiem na rynku wydawniczym można znaleźć wiele historii tego typu. Młoda osoba zabija się lub zostaje zamordowana. Bliska jej osoba próbuje odkryć, w jaki sposób i dlaczego do tego doszło. Wszystko oczywiście dzieje się bez wiedzy policji. Brzmi znajomo? Pewnie tak.

Muszę przyznać, że tylko ten aspekt zaliczam do mało wyjątkowych. Wykonanie oraz wątki poboczne mi się spodobały. Z zaciekawieniem śledziłam poczynania bohaterów, rozwój akcji oraz przebieg wydarzeń z przeszłości. Sama próbowałam rozwikłać zagadkę i wydedukować, kto jest winny. Nie ulega więc wątpliwości, że opowieść mnie zaciekawiła, a kartki przelatywały mi między palcami w zawrotnym tempie. Niestety w okolicach połowy coś się zmieniło. Wydarzenia  nie pochłaniały mnie już tak bardzo. Nadal to wszystko mi się podobało, ale z czystym sumieniem mogłam odłożyć ją na kilka godzin. W tamtym momencie nie poświęciłabym dla niej czasu kosztem snu.

W powieści został uwzględniony wątek miłosny. Zazwyczaj lubię w tekstach opisy uczuć i tym podobnych rzeczy, ale tym razem tak nie było. Moim zdaniem to nie zostało dopracowane i nie zaspokoiło moich potrzeb jako czytelniczki. Czegoś z pewnością w tym zabrakło.

Spodobało mi się natomiast to, w jaki sposób zbudowano psychikę Delii. Polubiłam szukanie powodu jej śmierci i tajemniczość jej postaci. Dzięki wspominaniu przez bohaterów jej osoby zdałam sobie sprawę z tego, że trzeba się cieszyć każdą chwilą. Niestety June bardzo mnie irytowała. Jej naiwność i chęć dowartościowania się za wszelką cenę to zdecydowanie nie cechy, które mogłyby zawładnąć moim sercem. Wolę bohaterki, które umieją walczyć o swoje i nie chowają się w kąt, gdy napotykają trudności.

Reasumując, książka była ciekawa, ale nie zaliczyłabym jej do kategorii "bardzo dobra". Thriller psychologiczny powinien według mnie wyglądać nieco inaczej, ale nie uznaję czasu spędzonego przy "Pięknych samobójczyniach" za zmarnowany.

Autor: Lynn Weingarten
Tytuł: Piękne samobójczynie
Liczba stron: 350
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Maria Kabat
Moja ocena: 6/10

Tę i wiele innych książek możecie kupić na stronie dadada.pl


Copyright © 2016 Uzalezniona od ksiazek , Blogger