czwartek, 26 lipca 2018

"Bogini niewiary" Tarryn Fisher | Recenzja

"Bogini niewiary" Tarryn Fisher | Recenzja

David Lisey to wierzący w miłość początkujący muzyk z dużym potencjałem. Ma szansę na wielki sukces, ale bez lirycznej inspiracji mu się nie uda. Potrzebuje muzy, która dałaby mu natchnienie do stworzenia czegoś głębokiego i poruszającego, co zagwarantowałoby mu wielką karierę. Pewnego dnia na jego drodze staje Yara. Ta młoda kobieta to istna bogini. Spotyka mężczyzn (głównie artystów), którzy jej potrzebują, ale gdy już im pomoże, zawsze odchodzi. Nigdy nie zostaje w jednym miejscu zbyt długo. Teraz to David pragnie jej pomocy, aby wykorzystać w pełni swój potencjał. Yara wie, co musi zrobić. Złamać mu serce. Tylko kto poświęci się bardziej?

Po tę książkę chciałam sięgnąć od chwili, gdy o niej usłyszałam. Niezwykle mnie zaintrygowała, a pozytywne opinie tylko zwiększyły moją ciekawość. Nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać, bo od tej powieści chciałam zacząć swoją przygodę z twórczością tej autorki, ale byłam dobrej myśli.

Gdy zaczęłam czytać, od razu rzuciły mi się w oczy bardzo krótkie rozdziały i lekki, przyjemny styl pisania autorki. Ja uznałam te cechy za wielki plus. Niestety początkowe dobre wrażenie psuło spotkanie Yary i Davida. Przez chwilę nawet zwątpiłam w to, że ta książka mi się spodoba. Nie wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia, więc to wydarzenie wydawało mi się nieco nierealne i naciągane. W mojej głowie pojawiły się obawy, że cała historia taka będzie, ale na szczęście okazały się błędne.

Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że Bogini niewiary to zwykła, prosta historia miłosna na jeden wieczór, która umili czas i wyleci z pamięci czytelnika. Tak jednak nie jest, bo Tarryn Fisher umie pod pewnego rodzaju przykrywką  przemycić życiowe mądrości, które podświadomie zapamiętujemy. Być może za jakiś czas pomogą nam w podjęciu jakiejś ważnej decyzji lub rozwiązaniu problemu.

Autorka opowiadając skrawek życia Yary, uświadomiła mi, jaki wpływ na teraźniejszość ma przeszłość. Przede wszystkim to, co spotkało nas do tej pory, ukształtowało nasze charaktery i osobowości. Każda poznana osoba, kłótnia, rozmowa, przeżycie. Wszystko ma wpływ na to, jacy jesteśmy.

Dużą rolę w tej powieści odegrało również wybaczanie. Na przykładzie Yary i jej matki, mogę stwierdzić, że nie da się ruszyć z miejsca, dopóki nie wybaczy się innym, ale również sobie błędów z przeszłości. Trzeba umieć się pogodzić z pewnymi rzeczami, żeby cieszyć się życiem, codziennością. Ogromnie mi się spodobało to, że autorka nie przesładzała tej powieści. Opisywała wszystko takie, jakie jest. Miałam wrażenie, że poza kilkoma sytuacjami, ta historia mogłaby wydarzyć się naprawdę.

Warto wspomnieć o tym, w jaki sposób Tarryn Fisher opisała miłość. Pokazała, że to uczucie to nie tylko pluszowe misie, kwiatki i serduszka. Kłótnie, trzaskanie drzwiami, poświęcanie się dla drugiej osoby, zazdrość i chwile zwątpienia to nieodzowne części prawdziwej miłości. Po prostu nie zawsze jest idealnie.

Zupełnie nie wiem, co myśleć o bohaterach tej książki. Z pewnością wpasowało się w mój gust to, że nie byli aniołkami. Mieli wiele wad, popełniali masę błędów, a w niektórych sytuacjach ich zachowanie było złe. Dzięki temu wydawali się realni, ludzcy i na ich przykładzie można było zaobserwować kilka zachowań wynikających z ludzkiej natury. Z drugiej strony czasami wydawali mi się płytcy i nieodpowiedzialni.

Powieść bardzo mi się podobała, ale brakowało mi w niej emocji.  Czasami mi towarzyszyły, ale przez większość czasu byłam jedynie biernym obserwatorem. Nie potrafiłam się do końca wczuć i utożsamić z bohaterami.

Bogini niewiary to książka o trudnej miłości, zazdrości i przebaczeniu. Uczy bardzo wielu rzeczy i mimo drobnych wad, warto ją przeczytać.

Autor: Tarryn Fisher
Tytuł: Bogini niewiary
Tłumaczenie: Agnieszka Brodzik
Liczba stron: 352
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo: SQN
Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję:


sobota, 21 lipca 2018

Tego się nie spodziewałam! | "Mroczny układ" Dawid Waszak | Recenzja

Tego się nie spodziewałam! | "Mroczny układ" Dawid Waszak | Recenzja

Kacper Zborowski miał bardzo dobre życie, kochających rodziców i swoje rysunki. Kiedy miał sześć lat, wszystko to legło w gruzach. Jego tata zaczął się nietypowo zachowywać, aż pewnego dnia zaginął.  Po tym wydarzeniu mama chłopca się załamała, a on musiał trafić do pobliskiego domu dziecka. W tym koszmarnym miejscu sekundy mijały jak godziny, a każda została przepełniona przerażeniem i cierpieniem. 

Aktualnie Kacper już od dawna nie jest bezbronnym dzieckiem, ale wspomnienia tamtych strasznych chwil ciągle do niego wracają. Mężczyzna postanawia wyruszyć do swojego rodzinnego Jarocina, licząc na spokojne i szczęśliwe życie przepełnione harmonią. W swoich oczekiwaniach nie mógł się bardziej mylić, ponieważ szybko zostaje uwikłany w niebezpieczne intrygi i tajemnice. Musi pogodzić się ze stratą, a także udowodnić, że stał się jedynie kozłem ofiarnym, przychodząc w niewłaściwe miejsce o niewłaściwym czasie. Czy Kacper rozwiąże zagadkę zaginięcia ojca, da radę przeciwstawić się bardzo wpływowym ludziom i wyjdzie cało ze swojego trudnego położenia?

Na początku tamtego roku miałam przyjemność zapoznać się z Czerwienią obłędu, czyli pierwszym tomem z cyklu Jarocin autorstwa Dawida Waszaka. Opowiadał on o losach Doriana, ojca Kacpra. Książka niezwykle mnie zaintrygowała, więc postanowiłam sięgnąć również po Mroczny układ. Bardzo się cieszę, że podjęłam taką decyzję, bo ani trochę się nie zawiodłam, a nawet zostałam mile zaskoczona.



Mroczny układ został skonstruowany w taki sposób, że osoby, które czytały pierwszą część cyklu, zostaną w pewnym stopniu usatysfakcjonowane odpowiedziami na pytania dotyczące życia Doriana. Z drugiej strony czytelnicy zaczynający przygodę z twórczością autora od tej powieści, nie będą mieli poczucia, że coś jest dla nich niejasne. To sprawia, że tę historię można traktować jako część serii, ale również jako odrębną książkę.

Muszę przyznać, że tekst został napisany lekkim i przyjemnym stylem. Sposób pisania Dawida Waszaka oraz narracja pierwszoosobowa zdecydowanie skłaniały do kontynuowania lektury, a przemyślenia bohatera pochłaniało się w ekspresowym tempie.

Chciałabym zaznaczyć, że na początku akcja książki toczy się dosyć wolno, ale mimo tego, nie da się nudzić. Później jednak diametralnie przyspiesza i jesteśmy zasypywani mnóstwem interesujących wydarzeń, misternych intryg oraz zaskakujących powiązań między postaciami. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że fabuła zostanie rozwinięta na taką skalę, ale zdecydowanie przypadło mi to do gustu, zwłaszcza że autor zdołał to genialnie rozpisać.

Moim zdaniem świetnym posunięciem okazało się przeplatanie teraźniejszości ze wspomnieniami z sierocińca. Dzięki temu ciągle coś się działo, czytelnik mógł się dowiedzieć, co doprowadziło do danego wydarzenia, a także spróbować swoich sił w szukaniu poszlak prowadzących do rozwiązania zagadki. Ten zabieg sprawił, że nie miałam ochoty odkładać książki nawet na moment, a do zakończenia dotarłam w błyskawicznym tempie.

Ponadto na pochwałę zasługują bohaterowie. Zostali bowiem naprawdę świetnie skonstruowani i ciągle zachwycałam się ich portretami psychologicznymi. Określiłabym ich jako wielowarstwowych, a także niepapierowych. Myślę, że ważne jest to, że mieli drobne, ludzkie wady, a tym samym nie zostali wyidealizowani. Poza tym nie tylko zachwycali swoją prawdziwością, ale również wzbudzali moją sympatię.

Mroczny układ to naprawdę świetna lektura, która swoimi intrygami, tajemnicami i układami wpływowych ludzi wciąga bez reszty. Trzyma w napięciu aż do ostatniej strony, a zakończenie  zdecydowanie szokuje.

Tytuł: Mroczny układ
Autor: Dawid Waszak
Cykl: Jarocin
Tom: 2
Liczba stron: 350
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo: Novae Res
Moja ocena: 9/10

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Autorowi oraz Wydawnictwu Novae Res.

wtorek, 17 lipca 2018

"Żywioły Lukrecji" Laura Adori | Recenzja

"Żywioły Lukrecji" Laura Adori | Recenzja

RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY Z POPRZEDNICH TOMÓW!

Lukrecja to czterdziestoletnia znawczyni zdrowego, ale przy tym naprawdę smacznego odżywiania, która powoli przygotowuje się do roli matki. Dynamicznie rozwija swoją karierę, jako blogerka i prowadzi warsztaty kulinarne. Jak to wszystko pogodzić z rosnącym brzuszkiem i ciążowymi dolegliwościami? Ta pełna energii i pomysłów kobieta poradzi sobie z wieloma problemami.

Niestety wszystkiego ani trochę nie ułatwiają trudności w związku. Co ukrywa jej ukochany i gdzie znika na długie godziny, kiedy powinien się troszczyć o nią i maleństwo rosnące pod jej sercem? Czy w końcu jego sekrety wyjdą na jaw i Lukrecja pozbędzie się ciągle towarzyszącej niepewności?

Poprzednie tomy przygód tej nieustraszonej kobiety bardzo mi się podobały. Nie mogłam się doczekać tej części i z niecierpliwością na nią czekałam. Niestety, gdy do mnie trafiła, z niewyjaśnionych powodów przestało mnie do niej ciągnąć. Po prostu nie byłam jeszcze gotowa po nią sięgnąć, bo nie wiedziałam, czy zostanie wydana jeszcze jakaś kontynuacja. Po pewnym czasie na szczęście uznałam, że w końcu muszę ją przeczytać. Wzięłam książkę do ręki, usiadłam wygodnie z kubkiem herbaty i zagłębiłam się w tę historię. Teraz ogromnie żałuję, że zrobiłam to tak późno, bo Żywioły Lukrecji okazały się takie wciągające, jak pierwsze dwa tomy.

Muszę zacząć od tego, że nadal bardzo lubię główną bohaterkę i to, jaką jest kobietą. Mimo swojego wieku nadal ma swoje marzenia, które pragnie spełniać. Nie twierdzi, że wszystko ma już za sobą, ale jeszcze wiele przed nią. Ponadto ciekawie się czytało o jej stanach emocjonalnych podczas ciąży często opisywanych za pomocą zapachów i smaków. To właśnie takie detale nadawały powieści niepowtarzalny klimat.

Przyznaję, że z wielką ciekawością śledziłam blogową karierę Lukrecji i nieraz zazdrościłam jej weny. Nagle wpadała na jakiś pomysł na wpis i od razu go realizowała, aby jej czytelnicy mogli to przeczytać. Niemniej jednak dzięki niej miałam wielką ochotę usiąść przed laptopem i pisać posty, dzięki którym mogłabym wyrazić swoje przemyślenia w moim skrawku internetu.

Główna bohaterka oraz jej matka stale uświadamiały mnie, jakie ważne w życiu każdej osoby jest spełnianie swoich marzeń. Wiek i to, co powiedzą na ten temat inni ludzie, jest bez znaczenia. Trzeba po prostu dążyć do wyznaczonych sobie celów, stale się rozwijać, samodoskonalić. Prawie wszystko jest możliwe, jeżeli się w siebie wierzy i ciężko pracuje.

Żywiołach Lukrecji można znaleźć naprawdę wiele inspiracji, interesujących rad i przepisów na przeróżne, ciekawie brzmiące dania, które na pewno kiedyś wypróbuję. Niestety części ze składników nie dostanę w miejscowym sklepie, ale być może za jakiś czas je gdzieś znajdę.

Spotkałam się z opiniami, które mówiły, że kłopoty z matką oraz te miłosne Lukrecji są błahe i gdyby ich nie było, nie wpłynęłoby to znacząco na fabułę. Muszę się z tym zgodzić, ale z drugiej strony uznawałam je za taki spójny element całości. Ciekawiło mnie, co z tego wyniknie, ale jednocześnie związane z tym wydarzenia nie grały pierwszych skrzypiec. Podobało mi się to, bo autorka nie musiała zamieścić tego wątku, ale cieszę się, że to zrobiła.

Żywioły Lukrecji to optymistyczna, lekka i niezobowiązująca lektura na jeden lub dwa wieczory. Romantyzm pomieszany z kulinarnymi zdolnościami gwarantuje prawdziwą ucztę dla zmysłów wielbicieli powieści obyczajowych.

Tytuł: Żywioły Lukrecji
Autor: Laura Adori
Tom: 3
Liczba stron: 320
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo: Lira
Moja ocena: 8/10


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję:

niedziela, 15 lipca 2018

"Damy, dziewuchy, dziewczyny. Podróże w spódnicy" Anna Dziewit-Meller | Recenzja

"Damy, dziewuchy, dziewczyny. Podróże w spódnicy" Anna Dziewit-Meller | Recenzja

Ostatnio do społeczeństwa coraz bardziej dociera fakt, iż kobiety wcale nie są słabą płcią. Na rynku wydawniczym pojawia się wiele książek o silnych dziewczynach, które wiele osiągnęły w życiu mimo przeciwności losu. Nie wątpię, że warto je czytać, ale Damy, dziewuchy, dziewczyny. Podróże w spódnicy to zupełnie coś nowego, świeżego i zupełnie innego. Ten magazyn w wyjątkowy sposób opisuje dokonania wielkich podróżniczek, których świat już nie pamięta, popełniając wielki błąd. Zapraszam na recenzję niezwykłej podróży po kartkach historii.

Na tę książkę trafiłam przypadkiem. Nigdy wcześniej o niej nie słyszałam, tak samo, jak o poprzedniej z tej serii. Uznałam jednak, że może okazać się bardzo ciekawa i postanowiłam się na nią skusić. Zachęciła mnie nie tylko tematyka, ale również pomysł na wykonanie. Gdy już ją przeczytałam, byłam mile zaskoczona i mam zamiar zaopatrzyć się w pierwszy numer tego magazynu.

Przede wszystkim muszę zacząć od tego, w jaki sposób została wydana ta powieść, ponieważ moim zdaniem ktoś wpadł na świetny pomysł. Autorka, wydawcy i ilustratorka zadbali o to, aby książka wyglądała jak magazyn/gazeta. Zamieszczono tutaj historie niezwykłych podróżniczek, ale za pomocą artykułów, wywiadów, listów, felietonów oraz fotoreportaży. Fragment twórczości Alexandrine Tinne, zabawne reklamy oraz recenzja dodatkowo umilały lekturę. Ponadto prawie każda strona zachwycała pięknymi ilustracjami, pomagającymi wczuć się w sytuację bohaterek i wyobrazić sobie, że bierze się udział w wyprawie.



Cieszy mnie to, że Anna Dziewit-Meller w subtelny i delikatny sposób zdołała zaznaczyć to, że kobiety w niczym nie są gorsze od mężczyzn i nigdy nie były. Nazywa się je słabą płcią, ale tak naprawdę już od dawna udowadniały, że mogą wiele w życiu osiągnąć i nie boją się wyzwań. Wiele lat temu uważano, że przedstawicielka płci pięknej musi siedzieć w kuchni, zajmować się domem i opiekować się dziećmi. Rzeczywistość jest taka, że najczęściej umie zajmować się ogniskiem domowym, ale jeżeli nie chce tego robić lub nie czuje się do tego stworzona, to nie powinno się jej do tego zmuszać. Jeżeli chce się uczyć, to niech  rozwija swoje zdolności. Jeżeli chce pracować, niech to robi. Jeżeli chce podróżować, trzeba jej to umożliwić.

Tym samym czytelnik może ujrzeć, jak dawniej wyglądało życie codzienne, ale również podróżowanie w damskim wydaniu. Nie zabrakło również zwięzłych opisów różnych kultur i ich zwyczajów. Wydało mi się to niezwykle ciekawe i z chęcią przeczytałabym więcej na ten temat.

Mimo tego, że jestem typem introwertyka, uwielbiam odwiedzać nowe miejsca i poznawać ich historię. Nic więc dziwnego w tym, że ogromnie spodobał mi się w tej książce wątek podróży, ale również spełniania marzeń. Bohaterki Damy, dziewuchy, dziewczyny. Podróże w spódnicy wyznaczały sobie określony cel i dążyły do jego zrealizowania. Pokazały również, że nie wolno się poddawać, bo w chwili, gdy idzie się pod górę, zmierza się na szczyt.

Moim zdaniem Damy dziewuchy, dziewczyny. Podróże w spódnicy Anny Dziewit-Meller to idealna książka dla młodszych nastolatków. W krótki, ciekawy i pomysłowy sposób pokazuje osiągnięcia kobiet, które są warte zapamiętania. Zachęca do spełniania marzeń, podróżowania i osiągania swoich celów, nawet jeżeli inni mówią, że to nie może się udać.

Autor: Anna Dziewit-Meller
Tytuł: Damy, dziewuchy, dziewczyny. Podróże w spódnicy
Ilustracje: Joanna Rusinek
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo: Znak Emotikon
Moja ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję:

środa, 11 lipca 2018

Niedosłyszalny głos dziecka... | "Dwa zwykłe słowa" Ashley Rhodes-Courter | Recenzja

Niedosłyszalny głos dziecka... | "Dwa zwykłe słowa" Ashley Rhodes-Courter | Recenzja

Matka Ashley Rhodes-Courter nie umiała odnaleźć się w swojej roli. Czasami próbowała radzić sobie z macierzyństwem, ale przez swojego partnera, brak wytrwałości i uzależnienie, nie potrafiła tego uczynić. To właśnie przez to zabrano jej dzieci, aby trafiły do lepszego, kochającego domu. W trakcie jednak coś poszło nie tak, jak powinno i dziewczynka razem ze swoim bratem trafiają w wir systemu opieki społecznej.

Ashley w ciągu dziewięciu lat swojego życia trafia do czternastu różnych domów zastępczych. Nigdy nie wie, na jak długo zostanie w danym miejscu, kiedy znowu po nią przyjdą i gdzie zabiorą. Przez bardzo długi czas ciągle ma nadzieję, że znowu zamieszka ze swoją rodzicielką, ale z biegiem kolejnych dni, miesięcy, lat coraz bardziej przestaje w to wierzyć. Skupia się natomiast na tym, aby przetrwać piekło, jakie spotyka ją w niektórych rodzinach.

O tej książce nie słyszałam zbyt wiele, a przynajmniej jeszcze wtedy nie zwróciła mojej uwagi. Pewnego razu jednak postanowiłam przeczytać opis. Prawie od razu zapragnęłam po nią sięgnąć i poznać historię małej dziewczynki, której losy zależały od pracowników opieki społecznej. Dodatkowo zachęciło mnie to, że ta historia nie jest jedynie fikcją literacką, ale pewnego rodzaju pamiętnikiem, gdzie zostały spisane autentyczne doświadczenia i emocje. Długo jednak czekałam na odpowiedni moment, żeby się z nią zapoznać, bo wiedziałam, że nie będzie to łatwa lektura.

Przede wszystkim muszę zacząć od tego, że książka wywołała we mnie wiele emocji. Tego typu historie prawie zawsze mnie szokują. Tym razem nie było inaczej. Szok mieszał się z gniewem, smutkiem, a także lekkim przerażeniem. Z drugiej strony ta historia podziałała na mnie niezwykle motywująco i przypomniała mi, dlaczego zawsze chciałam być w wolontariacie, pomagać potrzebującym ludziom oraz zwierzętom, które również pragną miłości oraz zainteresowania. Uświadomiła mi także, dlaczego wspieranie finansowe i duchowe sierot, chorych, biedniejszych itp. jest takie ważne.

Zdałam sobie sprawę, że tak zwana znieczulica była i nadal jest wielkim problemem społeczeństwa. Człowiek, który widzi przemoc fizyczną i psychiczną lub złe traktowanie często woli odwrócić wzrok i udawać, że o niczym nie wie. Gdy komuś dzieje się krzywda, trzeba reagować i nie wolno odpuszczać. Naszym ludzkim obowiązkiem i odruchem powinno być przejmowanie się i pomaganie w takich sytuacjach. Należy starać się usłyszeć również nieme/ciche wołanie o pomoc.

Zwróciłam również uwagę na to, że w Dwa zwykłe słowa głos dziecka był niezauważalny. Mogło mówić, ale nikt nie słuchał, nie zwracał uwagi, nie wierzył w wypowiedziane słowa, a nawet karał za powiedzenie prawdy. Poza tym działała w tym przypadku również wcześniej wspomniana znieczulica. Za pomocą opisanych w książce sytuacji dodatkowo zdałam sobie sprawę z tego, że beztroskie dzieciństwo z kochającymi rodzicami powinno być oczywiste, ale tak naprawdę to wielkie szczęście.

Kolejna mądra rzecz, jaką można było wyciągnąć z lektury tej historii, jest fakt, iż to, w jaki sposób dziecko jest traktowane, wpływa na jego charakter, psychikę oraz na to, jakie będzie w przyszłości. Najczęściej zdarza się tak, że "źli ludzie", byli dawniej ofiarami przemocy fizycznej, psychicznej lub spotkało ich coś, co ich zmieniło. Przez to sami dosyć często stają się oprawcami. W pewnym stopniu interesuję się psychologią, więc takie zjawisko bardzo mnie zaciekawiło.

Dwa zwykłe słowa to książka niezwykle emocjonalna i trudna, ale bardzo potrzebna. Opowiada historię, która na długo zapada w pamięć i w pewien sposób zmienia spojrzenie na świat. Uświadamia wiele ważnych rzeczy, ale także daje nadzieję na lepsze jutro. Pokazuje, że nie wolno się poddawać i trzeba pokonywać kolejne trudności, aby osiągnąć cel.


Autor: Ashley Rhodes-Courter
Tytuł: Dwa zwykłe słowa
Tłumaczenie: Martyna Plisenko
Liczba stron: 312
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo: Replika
Moja ocena: 8+/10

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję:

sobota, 7 lipca 2018

To mój narzeczony! | "Sprintem do marzeń" Marta Radomska | Recenzja

To mój narzeczony! | "Sprintem do marzeń" Marta Radomska | Recenzja

Ola próbuje dotrzymać słowa danego pani Halince, ciągle trenując do maratonu. Niestety nie może pokonać swojej wewnętrznej bariery i nie daje rady za każdym razem przy tym samym kilometrze. Dodatkowo nie może odpocząć po treningach, bo nowa sąsiadka z góry remontuje mieszkanie. Mieszkająca piętro wyżej kobieta okazuje się długonogą, bardzo ładną biegaczką, której niestraszne są długie dystanse, a Aleksandra mogłaby się od niej uczuć. Irytuje ona jednak nie tylko swoją urodą, sylwetką i formą, ale również talentem w podrywaniu cudzych partnerów.

Ola i Beatka coraz bardziej nie lubią nowej sąsiadki i nie mogą pogodzić się z faktem, że omotała ich mężczyzn. Niestety nabrali się na jej sztuczki i tracą dla niej głowę, chociaż w życiu by się do tego nie przyznali. Podczas spaceru kobiety razem z piesem-biesem znajdują w krzakach długonogą blondynkę, a raczej jej zwłoki. Policja szuka mordercy. Nic więc dziwnego, że chce przesłuchać wszystkich sąsiadów, a zwłaszcza tych zazdrosnych, którym zapodział się gdzieś duży, kuchenny nóż.

Pierwszy tom tej serii bardzo mi się podobał. Nic więc dziwnego, że zapragnęłam od razu sięgnąć po kontynuację przygód Oli. Tak zrobiłam. Muszę przyznać, że w tej książce poziom lekko opadł, ale nadal bardzo dobrze się bawiłam, rozwiązywałam zagadkę razem z bohaterami i zastanawiałam się, co będzie dalej. Powieść wręcz pochłonęłam, bo zanim się obejrzałam, to był już koniec. 

Marta Radomska ma bardzo ciekawy styl pisania. Ja ogromnie go polubiłam i mam nadzieję, że w trzecim tomie pozostanie taki sam, zwłaszcza że nadaje powieści swojskiego, ciepłego klimatu. Niestety nie wszystkim może się spodobać. Osoby, w których gust nie trafiają metafory, opisy i przemyślenia, mogą poczuć się nieco zawiedzeni. Poza tym troszeczkę przeszkadzał mi fakt, iż tekst nie został podzielony na rozdziały, bo nigdy nie wiedziałam, kiedy zrobić sobie przerwę, a czytanie jednym ciągiem mogłoby być męczące. 

Zdecydowanym plusem tej powieści jest to, że nie wszystko kręci się wokół miłości. Jest ona bardzo ważna, ale nie przyćmiewa innych wątków np. kryminalnego. Motyw morderstwa w Sprincie do marzeń wydał mi się ciekawy i chciałam wiedzieć, co będzie dalej. Autorka trzyma czytelnika w napięciu przez długi czas i naprowadza go na fałszywe poszlaki. Mimo tego, że próbowałam wywnioskować, kto mógł zabić, nie pomyślałam akurat o tej właściwej osobie. 

Jak można domyślić się po samym tytule, książka ma sporo wspólnego ze sportem. Główna bohaterka przygotowuje się do maratonu i opisy jej przygotowań, ale również jej pracy w fitness klubie, ogromnie mnie motywowały. Gdy czytałam o jej zmaganiach, sama miałam ochotę wyjść z domu, żeby pobiegać, pojeździć na rowerze albo przynajmniej pójść na spacer. Klub fitness lub siłownia również wydawały się świetną opcją. Poza tym Ola oraz pani Halinka pokazały, że trzeba dążyć do wyznaczonych sobie celów. Mimo zrezygnowania, zmęczenia i braku chęci, powinniśmy się motywować. Trzeba przełamywać własne bariery i starać się być coraz lepszym w tym, co lubimy robić.

Lekturę tej powieści umilały mi humorystyczne sytuacje i interesujące zbiegi okoliczności. Dialogi również były ciekawe, ale od czasu do czasu wydawały się nienaturalne. Na szczęście nie pojawiało się to zbyt często. Bohaterowie zostali stworzeni w dobry sposób. Nie uznawałam ich za papierowych lub nierealistycznych, a wręcz przeciwnie. Nie zostali wyidealizowani, przez co stali się bardzo ludzcy i prawdziwi. Niestety Aleksandra czasami podejmowała nielogiczne i pochopne decyzje, ale jestem w stanie jej to wybaczyć.

Sprintem do marzeń to bardzo dobra, zabawna i optymistyczna powieść o miłości, zazdrości i morderstwie. Swoją intrygą, zabójstwem i próbą rozwikłania zagadki trzyma w napięciu przez prawie całą książkę, a bardzo prawdziwi i ludzcy bohaterowie sprawiają, że czytelnik ma wrażenie, iż to on jest w centrum wydarzeń.

Autor: Marta Radomska
Tytuł: Sprintem do marzeń
Tom: 2
Liczba stron: 400
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Moja ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję:


piątek, 6 lipca 2018

Całkowicie nieidealna młodzieżówka na lato | "99 dni lata" Katie Cotugno | Recenzja

Całkowicie nieidealna młodzieżówka na lato | "99 dni lata" Katie Cotugno | Recenzja

Molly to bardzo młoda i niedoświadczona przez życie dziewczyna. Patrick był jej pierwszą miłością. Planowali, że spędzą razem życie, będą ze sobą już na zawsze. Niestety ich plany pokrzyżował starszy brat chłopaka, Gabe. Młoda kobieta się w nim zakochała, a gdy wszystko wyszło na jaw, wielu ludzi z miasto ją znienawidziło. Postanowiła więc, że wyjedzie, aby skończyć liceum w szkole z internatem, gdzie nikt nie będzie jej dokuczał z powodu przeszłości. 

Ostatnia klasa jednak szybko minęła i teraz Molly musi wrócić do domu na wakacje. Boi się kolejnych 99 dni, bo nie wie, jakie wydarzenia przyniosą. Musi się zastanowić, czy ukrywać się w domu, czy jednak stawić czoła wrogom, plotkom i niemiłym niespodziankom. Dodatkowo całą sprawę skomplikują dwaj bracia, którzy nie pozwolą o sobie zapomnieć.

Po tę książkę sięgnęłam, ponieważ myślałam, że to będzie idealna lektura na upalne dni. Uwielbiam Kasie West, a myślałam, że Katie Cotugno pisze w dosyć podobny sposób i tworzy równie dobre historie. Bez wahania sięgnęłam więc po tę powieść i muszę niestety stwierdzić, że bardzo się zawiodłam. Miała w sobie coś, co podczas lektury mnie do siebie przyciągało, ale jednak strasznie się nudziłam, a główna bohaterka doprowadzała mnie do szewskiej pasji. Nie wiem, czy to ze mną jest coś nie tak, czy z tym tekstem. Moim koleżankom przypadł do gustu, a dla mnie wręcz przeciwnie.

99 dni lata czyta się dosyć szybko. Autorka pisze lekkim i łatwym w odbiorze stylu. Niestety utworzone przez nią dialogi często wydawały mi się bardzo sztuczne i nienaturalne. Myślę, że młodzież nie rozmawia ze sobą w taki niemal wystudiowany sposób. Poza tym lekko irytowało mnie to, że prawie zawsze zamieniano słowo "tak" na "aha".

Muszę przyznać, że bohaterowie również wydawali mi się papierowi, mało realistyczni. Według mnie byli zbyt jednowarstwowi, przez co brakowało im wyraźnego charakteru. Poza tym czasami myśleli bardzo nielogicznie. Nie polubiłam ich, a wydarzenia z nimi związane nie wywoływały we mnie żadnych emocji i uczuć. Nie śmiałam się razem z nimi, nie płakałam, nie smuciłam. Byli mi tak naprawdę obojętni. Molly niezwykle mnie irytowała swoim dziecinnym zachowaniem i niezdecydowaniem. Aż mi się nóż w kieszeni otwierał, gdy po raz kolejny nie wiedziała, którego chłopaka wybrać. Sama miałam ochotę ją nieprzyzwoicie nazwać, tak jak robiły to osoby z książki. 

MAŁY SPOILER: Jak można jednemu z braci wyznać miłość, kilka stron dalej zapewniać drugiego z nich, że darzy się go wielkim uczuciem, a niewiele później znowu robić maślane oczka do tego pierwszego? KONIEC SPOILERA.

Nie mam pojęcia, co jeszcze mogę napisać o tej książce, zwłaszcza że wszystko kręci się wokół miłości. Wątków pobocznych nie zauważyłam, chyba że były drobne i nic nieznaczące. Przyznaję, że szybko przeczytałam tę powieść, ale po skończeniu zdałam sobie sprawę, że tam nic się nie działo, ta historia była bez sensu, nic nie wnosiła, a przez bohaterów tylko się denerwowałam. Niestety nie mogę jej polecić, chyba że ktoś chce poczytać o 99 dniach "nicnierobienia". 

Czy tylko mi się wydaje bardzo dziwny fakt, iż całe miasto znienawidziło ją za taką błahostkę? Co ich to w sumie obchodziło?

Autor: Katie Cotugno
Tytuł: 99 dni lata
Tłumaczenie: Anna Dobrzańska
Liczba stron: 360
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo: Feeria Young
Moja ocena: 3/10

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję: 

czwartek, 5 lipca 2018

Oparta na faktach historia skandalu pedofilskiego | "Mała baletnica" Wiktor Mrok | Recenzja

Oparta na faktach historia skandalu pedofilskiego | "Mała baletnica" Wiktor Mrok | Recenzja

Rosja, rok 2017. W wielkiej, bogatej rezydencji zostaje znaleziona, leżąca w łóżku martwa kobieta. Niezwykle utalentowana baletnica, właścicielka sławnej szkoły baletowej, do której uczęszczały sieroty, a także córeczki ważnych osób, została bestialsko zamordowana we własnym domu. Chwilę później wychodzi na jaw, dlaczego ktoś postanowił z nią skończyć w taki sposób. Policjanci bowiem odkrywają tajemniczy, ukryty pokój, a w nim małą, związaną dziewczynkę. Nie to jest jednak najgorsze, a to, że była wykorzystywana seksualnie w bardzo brutalny sposób.

Zabita kobieta, Anastazja pod przykrywką zajęć dla młodych dziewcząt, zapraszała je do swojego domu i wymyślała im bardzo brzydkie zabawy. Następnie robiła im zdjęcia i nagrywała je, aby zarabiać na ich krzywdzie miliony. Z czasem wychodzi na jaw coraz więcej faktów w sprawie tzw. child porn industry, a powiązane ze sprawą osoby są eliminowane na zawsze. Specjalna grupa moskiewskiej policji musi jednocześnie powstrzymać zabójcę, udowodnić winę oprawcom tych małych istot i zadbać o to, aby nie zamieciono wszystkiego pod dywan, tak jak już kiedyś uczyniono. Ta sprawa okaże się jedną z najtrudniejszych, z jaką przyjdzie się zmierzyć major Alonie Nikiszinie i jej podwładnym. Czeka ich czas ciężkiej próby przeciwko pedofilii i pornografii dziecięcej. Czy im się uda? Czy zakończenie kogokolwiek usatysfakcjonuje? 

Nie czytałam Czerwonego Parasola tego autora, ale postanowiłam sięgnąć po jego drugą książkę. Szczerze mówiąc, uczyniłam to głównie dlatego, że tematyka mnie zainteresowała, a dodatkowo zaintrygowało mnie to, że opowieść została oparta na faktach. Niezwykle ciekawiło mnie, w jaki sposób Wiktor Mrok to wszystko opisze i rozplanuje. Teraz z przekonaniem mogę stwierdzić, że było warto. Żałuję jedynie, że jeszcze nie udało mi się zapoznać z jego debiutem, ale na pewno to zrobię.

Muszę zacząć od tego, jakie emocje mną targały podczas czytania tej książki. Byłam zachwycona tym, w jaki sposób Wiktor Mrok prowadził całą narrację, opisywał wydarzenia i dawkował napięcie. Przede wszystkim jednak czułam szok, niedowierzanie, przerażenie i gniew. Nie mogłam uwierzyć, że takie rzeczy działy się naprawdę, chociaż zdaję sobie sprawę z tego, ile zła dzieje się na tym świecie. Nie potrafiłam pojąć, jakim cudem pieniądze mogą być ważniejsze od setek niewinnych istotek. Gdzie podziało się człowieczeństwo? Kiedy zatarła się granica między dobrem a złem?

Autor w szczegółowy sposób przedstawił czytelnikowi powstawanie biznesu w kręgach pedofilii, jego rozwój i dalsze działania podjęte w celu jego rozwinięcia i ochrony. Szczerze powiedziawszy, byłam zszokowana, że coś takiego może działać na skalę światową, obracać ogromnymi kwotami pieniędzy, obsługiwać setki tysięcy klientów i nie zostać wykryte przez długi czas.

Wiktor Mrok ukazał również smutną prawdę, jaką jest często siła pieniądza i znajomości. Jeżeli ma się miliony albo nawet miliardy na koncie i zna odpowiednich ludzi, przez pewien czas można wszystko. Przewinienia mogą zostać zamiecione pod dywan i tylko wścibscy dziennikarze sąb w stanie na nowo rozdmuchać sprawę. Oczywiście są też inne rozwiązania, ale jednak tak się zdarza. Poza tym pokazano, że policjant musi postępować według ściśle określonych zasad i nawet jak jest pewien winy danej osoby, musi mieć bardzo dobre dowody, żeby postawić ją przed sądem.

Mała baletnica to książka, obok której nie można przejść obojętnie. Nie zachwyci czytelnika szczęściem, radosnymi chwilami i piękną historią. To opowieść o nieludzkim zachowaniu, manipulacji, pedofilii, biznesie, polityce i rozwiązywaniu niezwykle trudnej zagadki kryminalnej. Zaskakuje na każdym kroku, przeraża, szokuje oraz złości, ale również smuci. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić ogromu zła, jakie wyrządzono tym dzieciom. Niemniej jednak myślę, że warto przeczytać tę powieść, żeby wiedzieć, że takie rzeczy dzieją się naprawdę. Poza tym dla takich świetnie wykreowanych, sarkastycznych bohaterów opłaci się po to sięgnąć.

Autor: Wiktor Mrok
Tytuł: Mała baletnica
Liczba stron: 592
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo: Initium
Moja ocena: 10/10

Copyright © 2016 Uzalezniona od ksiazek , Blogger